blacha wisłą Koło Przewodników Beskidzkich
przy Oddziale PTTK w Wiśle
Strona główna odddziału

Bacowanie

            Dzisiaj o ciekawym sposobie spędzania wolnego czasu. Może nie  w Wiśle ale w Beskidach.

            Jeżeli ktoś poczuje smak przebywania w górach tego matka natura wzywa często w piękne rejony Beskidów czy Tatr. Można wybrać się na kilka dni czy chociażby na weekend w wyższe partie gór ale  wiąże się to z noclegiem. Na turystę czekają liczne schroniska czy domy wycieczkowe. Czyż należy jednak do przyjemności nocleg w zatłoczonym schronisku, kiedy w wieloosobowym pokoju jest duszno, kiedy o 22-giej trzeba zachować ciszę nocną i nie można sobie pośpiewać do późnej nocy, kiedy (będąc nawet wysoko w górach) nie możesz dowolnie korzystać z przestrzeni i swobody....

            Aby napawać się do końca pięknem i urokiem gór, wymyślono kilkanaście lat temu, szczególnie w środowisku studenckim, inny sposób kontaktu z górami – tzw. bacowania.

Niżej podpisany, przynajmniej raz w roku wybiera się na spotkanie z przyjaciółmi w Beskidy na tego typu imprezę. Nazwa pochodzi od bacy – szefa pasterzy (juhasów), którzy kiedyś wypasali owce na halach. Mieszkali oni latem w szałasach położonych na ogół wysoko w górach. Wczesną jesienią owce sprowadzano w doliny a szałasy stały całą zimę puste. I tutaj powstała myśl: dlaczego nie wykorzystać ich do spotkań wysoko w górach. Od lat sześćdziesiątych wśród najbardziej „twardych” turystów, idea bacowań cieszy się wielkim powodzeniem. Tworzono kiedyś banki bacówek, uaktualniano informacje o ich stanie technicznym itp. Niestety, kiedy zmalał nieomal do zera wypas owiec, ilość bacówek zmniejszyła się a ich stan techniczny pozostawia wiele do życzenia.

            Wyjazd na bacowanie to skrzyknięcie się grupy turystów i podjazd (obecnie na ogół samochodami) w jakąś dolinę. Potem kilkugodzinny marsz w górę, często w śniegu po kolana (a bywa, że i wyżej). Dobrze jeżeli pogoda dopisuje i z każdego otwartego miejsca można zachwycać się panoramą. Gorzej gdy otacza nas mgła – wtedy wyjście na halę gdy dokoła nic nie widać jest „ciekawe” i wtedy wiadomości z topografii tego rejonu bardzo się przydają. Jeżeli po kilku godzinach marszu docieramy do szałasu-bacówki to czeka nas na ogół niespodzianka. Pozostawione otwarte drzwi (albo ich brak) to kupa śniegu na podłodze-klepisku bacówki. Tutaj następuje szybki podział ról wśród grupy: jedni organizują drzewo na ognisko i je rozpalają (ogień w bacówce jest rzeczą najważniejszą), inni poprawiają stan techniczny bacówki (bywa, że trzeba uzupełnić  kilka desek w ścianach bocznych), jeszcze inni przygotowują miejsce na posiłek i sam posiłek. Problemem w zimie jest woda – ponieważ wybiera się bacówki położone wysoko w górach, nie ma w bezpośrednim ich sąsiedztwie potoków czy źródła. Trzeba wtedy topić śnieg na herbatę. Na ogół formułowany jest regulamin śnieżny mówiący, że śnieg na herbatę pobieramy powyżej bacówki a „przetworzoną” herbatę wydalamy poniżej.

Kiedy już ogień się pali i woda w kotle nad ogniem się gotuje, przychodzi czas na ew. przebranie mokrych butów, „rozgrzanie wnętrzności” i przygotowanie posiłku.

Potem już jest fajnie. Wszyscy zasiadają wokół ognia i rozpoczyna się najpiękniejsza część spotkania – opowiada się o różnych sprawach, śpiewa się, wypija ogromne ilości herbaty (i nie tylko...). Jeżeli noc jest pogodna wychodzi się przed bacówkę aby pooglądać rozgwieżdżone niebo czy odetchnąć świeżym powietrzem (w bacówce pełno jest dymu z ogniska). Ciekawym momentem jest zakończenie imprezy przy ognisku i udanie się na spoczynek. Jeżeli na „górce” bacówki jest siano to sprawa jest prosta – wystarczy rozwinąć śpiwór  i wejść do niego. Jeżeli jednak siana nie ma to trzeba naciąć w lesie gałęzi świerkowych i zrobić sobie na ziemi posłanie. Co najbardziej odważni rozbierają się częściowo, niżej podpisany rozbiera tylko buty i wchodzi do śpiwora w skafandrze i w czapce. Noc (a raczej to co jeszcze z niej pozostało) jest na ogół zimna bo ognisko dogasa a nikt go nie podsyca. Ciekawe są momenty, kiedy po wypiciu dużej ilości herbaty pęcherz domaga się swoich praw i trzeba wyjść z ciepłego śpiwora.......

A rankiem wstawanie (ew. podziwianie wschodu słońca), rozpalanie ogniska, mycie się w śniegu (myliście już zęby śniegiem?), posiłek, posprzątanie po sobie, przygotowanie suchego drewna dla następnych baców i.... w drogę. Po powrocie w rejony pozostawionych samochodów, cali napachnieni dymem ogniska żegnamy się i czekamy następnego bacowania.

            Do zobaczenia na kolejnym bacowniu.

                                                           Franciszek Drewniok

Pod spodem spisane sprawozdania z niektórych bacowań
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bacowanie 2009
         Pierwszy dzień wiosny, a tym samym nasze tradycyjne „bacowanie” - mimo iż zima mocno się dzierży – już za nami.   Kiedy wcześniej główkowaliśmy gdzie jeszcze można znaleźć odpowiednią dla nas bacówkę, Janusz Pochopień bez większego entuzjazmu oznajmił, że zna taki obiekt na zboczu Lachów Gronia pod halą Janoszkową nad Koszarawą Bystrą. Trochę z rezerwą łyknęliśmy tę informację, bo Janusz to niezły wyrypiarz, któremu wystarczy, byle miejsce pod byle bukiem. Nieco później puścił farbę, że jest to letniak w niezłym stanie i piecem wewnątrz.
         Nie zastanawialiśmy się wiele i 20 marca uformowała się ostateczna grupa bacowników. Najstarsi: Edziu i Gucio, młodsi: Zbyszek, Jurek, Franek i najmłodsi: Czarek, Marysia i Ania, oraz czterołapa suczka Adama NONA.          
        
Zbieramy się w sobotę 21 marca o godz. 9-tej pod petkiem i w trzy samochody ruszamy. Żegna nas idąca właśnie do pracy Ewa. W sumie 13 osób, bo w bacówce już od piątku czeka na nas Janusz z dwójką przyjaciół: Konradem i Magdaleną. Frekwencja niespotykana. Nasz naczelny baca niestety nie mógł być z nami.
           Jedziemy przez pięknie ośnieżoną przeł. Salmopolską, Szczyrk, Żywiec do Koszarawy. Po drodze planujemy zatrzymać się w karczmie w Jeleśni aby zaczekać na mających dojechać Jurka z Edkiem. Niestety jeleśnianie chyba długo śpią, bo karczma otwarta dopiero od 14-tej. Lądujemy w pobliskiej kawiarni,a godzinę później przenosimy się do karczmy. Po następnej godzinie zjawiają się wreszcie Jura i Edek i w komplecie ruszamy do Koszarawy. Na miejscu szukamy dogodnego miejsca na zaparkowanie co tej zimy nie było takie łatwe i ruszamy żółtym szlakiem pilotowani przez Janusza i idących wcześniej dwóch narciarzy. Po drodze widoki na pasmo Pewelsko-Ślemieńskie, a wyżej na Romankę. Pogoda coraz lepsza, pojawia się słoneczko.
           Po godzinie marszu otwiera się przed nami malownicza, oświetlona słońcem polana z przycupniętą na południowym zboczu chałupką typu letniak jakie były budowane do całoletniego przebywania na hali przy wypasie bydła.
Janusz jako gospodarz zapoznał nas z obiektem i zasadami użytkowania, wszystko było przygotowane: ogień w piecu, polewka z soczewicy i ognisko na zewnątrz.
          Zaraz też zabraliśmy się raźno do gromadzenie drewna, siekiery i piła poszły w ruch.
Wkrótce ze szczytu zjechali na nartach wspomniani narciarze którymi okazali się Kazek i Grażyna z Magurki. Rozpoczęły się luźne rozmowy towarzyskie w grupkach.
         Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi posiadacze aparatów fotograficznych rozpoczęli sesję zdjęciową bo widoki były całkiem - całkiem.
         Kazkowie długo nie zabawili gdyż chcieli jeszcze za widoku zjechać do Koszarawy, a my zgromadziliśmy się w chacie aby rozpocząć naszą biesiadę. Szybko uformowała się grupa muzyczna: Zbyszek – gitara, Marysia – flet, Edziu – flet i grupa wokalna złożona z reszty bacowników. Repertuar stanowiły piosenki ludowe i biesiadne przeplatane ciekawymi opowieściami i kawałami. Wszyscy świetnie się bawili, a Marysie i Edziu stworzyli mistrzowski duet w grze na fletach.
         Po kilku godzinach dla przewietrzenie się, rozpalono ognisko i pod pięknie rozgwieżdżonym niebem pieczono kiełbaski wypatrując przelatujące satelity i samoloty. Aż nie do wiary ile tego żelastwa lata nad naszymi głowami.
         I tak zeszło nam do godziny pierwszej, potem krótkie układanie się do snu i w ciepełku przespaliśmy do rana, tylko Jurek i Olek ułożyli się na poddaszu w sianie i twierdzili, że nie było najgorzej. Raniutko ok. 6-tej pojedynczo zaczęto wymykać się z chałupy i słabo przetartym śladem, podążać na szczyt, miejscami zapadając się powyżej kolan.
         Dzień wstał słoneczny, ale niezbyt przejrzystym powietrzem. Polana szczytowa pięknie oświetlona lecz Babia Góra, Pilsko i Romanka mocno zamglone, tylko Jałowiec świecił wyraźnie swoją szczytową polaną. W przełęczy między wierzchołkami znana nam bacówka zajęta była przez grupkę nocujących narciarzy.
         Wracamy do bazy i zabieramy się za śniadanie, każdy coś tam przejada, a Zbyszek z pomocą Marysi i Ani gotuje tradycyjnie żurek. Po śniadaniu ok. 9.30 pakujemy się i sprzątamy. Pogoda zaczyna się lekko zmieniać. Zbieramy się ostatni raz przy ognisku, gdzie Prezes otworzył sezon przewodnicki 2009 i odśpiewaliśmy nasz hymn.
         Żegnamy się serdecznie z Januszem, Magdaleną i Konradem i schodzimy do Koszarawy. Impreza w pełni była udana tym bardziej, że wstrzeliliśmy się w dobrą pogodę. Nas Baca-baców Franek mimo nieobecności cały czas był z nami sercem i dzwonił dopytując się co i jak. Podejrzewam, że gdy dowiedział się jak mamy fajnie z żalu obgryzł kilka paznokci.

Przy okazji spotkania z Kazikiem i Grażyną, Prezes załatwił u nich na Magurce „zakończenie sezonu”, o czym informuję, aby przewodnicy mogli się już przymierzyć do tej imprezy.
Obsyłka
bacowanie 1bacowanie 2

bacowanie 3bacowanie 4
bacowanie 5bacowanie 6
bacowanie 7bacowanie 8
Strona główna Koła
Nasze władze
Pani sekretarz pisze:
(ważne !!)

Techniczne informacje przewodnickie
(czytaj !!)
Historia Koła
Wspomnienia  z imprez

Created by Franciszek Drewniok 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bacowania czas zacząć ...

                                                                                          Komunikat nieformalny nr 2

                Nie będę cytować tekstu piosenki, której uczyliśmy się na ubiegłorocznym bacowaniu (... ach te noce, te noce nieprzespane ...), która to piosenka odstraszyła sporo potencjalnych uczestników. Nie będę namawiał Prezesa na wyjazd bo jest bardzo zajęty i omija ostatnio wyjazdowe imprezy koła. Nie będzie też kontaktu „komórkowego” z Prezesem bo ERA na Mędralową nie sięga (chyba, że PLUS).  Mogę zagwarantować natomiast, że impreza będzie twarda (bez ciepłej wody i CO). Wodę będziemy (zgodnie z instrukcjami ks.Gardeny) topić ze śniegu a herbatę gotować na ognisku. Śniegu na pewno nie zabraknie a ok. 3 godzinne kopanie się w nim na długo pozostanie w naszej pamięci (o ile w ogóle dotrzemy na miejsce). Ale wróćmy do faktów:

1.   Termin naszej „wyprawy” 20/21 marca tego roku.

2.   Sezon 1999 otworzymy w nocy z 20 na 21 marca w bacówce na Mędralowej (myślę, że jakaś symboliczna flaszeczka się znajdzie ...).  Bacówka jest w bardzo dobrym stanie (jest pod opieką Studenckiego Koła Przewodników Górskich „Harnasie” z Gliwic) tak, że prac remontowych, jak to było na Kiczerze, nie będzie (a szkoda, bo było to fajne). W bacówce nie ma siana więc karimaty mile widziane. W bacówce są dwa pomieszczenia więc możemy zrobić podział np. dla palących i niepalących lub pijących i abstynentów albo przewodników III klasy i resztę (warianty uściślimy na miejscu).

3.   Dojazd samochodami (lub autobusem) do Koszarawy-Bystrej (do pętli autobusowej) i dalej pieszo przez przeł. Klekociny i Halę Kamińskiego. Spóźnialskich informuję, że bacówka znajduje się  na hali, ok. 150 m. na pn od szczytu Mędralowej (uwaga: tabliczka z nazwą szczytu wcale nie jest na szczycie tylko poniżej, w stronę Babiej Góry).

4.   Proponuję spotkać się w sobotę o godz. 9-tej na parkingu koło Strzechy Wiślańskiej.

5.   Tak jak w ubiegłym roku, aby dograć sprawy organizacyjne (kto weźmie kocher, kto siekierę a kto samochód), proszę o kontakt telefoniczny ze mną (855-22-66 lub 0602-65-65-19) do dnia 18 marca.

6.   Ekwipunek zimowy, najlepiej nie pierwszej nowości (Jurek - nowej kurtki szkoda !). Jedzenie też trzeba zabrać ze sobą (tym razem pierwszej jakości) - jakże mile wspominam te posiłki na bacowaniach, przygotowywane przez nasze piękne panie.

7.   Jeżeli  Ania (geografka) będzie z nami to zrobi nam na pewno szkolenie z pasm Jałowieckiego i Pewelsko-Ślemieńskiego (to przecież jej konik), które są z Mędralowej widoczne jak na dłoni.

8.   Nie wiem czy Prezes upoważnił mnie do napisania powyższych słów ale podpisuję je z pełną odpowiedzialnością.

                                                                                                                Franek Drewniok        

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                                                             Bacowanie 2000

 

            Pomimo:

-         katastroficznych wizji Pani Sekretarz w ostatnim komunikacie,

-         „niewyraźnej” opinii Prezesa o imprezie,

-         typowo zimowej pogody i bardzo trudnych warunków śniegowo-nawigacyjnych,

impreza doszła do skutku i skończyła się:

-         przeżyciem wszystkich uczestników,

-         zadowoleniem wszystkich obecnych,

-         niesamowitymi wrażeniami estetycznymi (piękna zimowa sceneria),

-         ogromnym łaknieniem piwa przez jednego z kolegów w drugim dniu imprezy,

-         oficjalnym otwarciem Sezonu Przewodnickiego 2000 przez viceprezesa koła.

A było nas znowu dziesięciu (tym razem były wśród nas dwie koleżanki). Nie doszli z Miziowej Kazek z Grażyną i Kacprem bo śniegi były jednak za „wysokie”. Nie dojechał również Gucio, choć ostro się przymierzał (?!).

Zapamiętamy chyba na całe życie:

-         przejazd przez Salmopol nieodśnieżoną szosą po całonocnych opadach śniegu (bajka !!)

-         ok. 3,5 godzinne kopanie się w śniegu, do którego wpadało się po udo (albo jeszcze wyżej) – pochwała przed frontem kompanii dla naszych głównych przecieraczy Maryjana i Sebastiana,

-         zasypaną kompletnie bacówkę na Hali Górowej, którą udało nam się znaleźć – dobrze, że wzięliśmy łopatę bo inaczej nie odkopalibyśmy wejścia,

-         musztrę wojskową około północy w której Edek musztrował Maryjana i Jurka,

-         spanie przy temperaturze minus 10 stopni (nikogo nie trzeba było odrąbywać)

-         liczne łączności komórkowe (do czego to doszło !!!) z bacówki (najbardziej charakterystyczna to łączność Maryjana z „górki” na dół bacówki o godz. 6.30: Franek, jak nie zgasisz tego ogniska to zaraz wyjdę z tego śpiwora i Ci....),

-         niedzielne przejście przez halę przy widoczności 2-3 metry przy braku jakichkolwiek punków orientacyjnych (nasze wczorajsze ślady zostały dawno zasypane i zawiane śniegiem),

-         korek od Buczkowic aż po Salmopol co zmusiło nas w drodze powrotnej do pojechania przez Bielsko.

W dyskusjach przy ognisku poruszaliśmy wiele tematów: ...nie będę ich przytaczał – tam trzeba było być.

Dla statystyki podam listę odważnych (kolejność dowolna):

Monika, Ola, Sebastian, Zbyszek Obsyłka, Jurek, Maryjan, Edek, obydwa Franki i Maniuś (który uwiecznił zresztą naszą eskapadę na zdjęciach, filmie i taśmie dźwiękowej i który nie może doczekać się następnego bacowania).

I jeszcze osobista refleksja: niżej podpisany stwierdza z zadowoleniem, że wśród „młodych” przewodników jest kilku kolegów, którzy doskonale sobie radzą z poruszaniem się w trudnym, nie zawsze dobrze znanym sobie terenie – mogę iść spokojnie na emeryturę z nadzieją, że idea zimowo-wiosennych bacowań będzie kontynuowana.

                                               Zapamiętał i zanotował Franek D,

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

I Międzynarodowe Bacowanie Wiosenne 2001

 

A było to tak.

Z Wisły ruszyliśmy już wcześnie bo o wpół do ósmej. Teoś zaspał po walnym zebraniu PTTK i nie przyszedł nas pożegnać (nowy prezes oddziału zresztą też – może opijali zwycięstwo?).

Jechaliśmy róznymi trasami ale wszystkie one prowadziły na przełęcz Przysłop (za Lubomierzem) gdzie cztery auta się spotkały. Potem zjazd w dół do Białej i tam zostawiliśmy samochody u znajomych Francka – kolegi przewodnika z koła katowickiego, który przyjechał na nasze bacowanie specjalnie aż ze Sztutgartu. Po kilku chwilach dobił Gustaw z dwoma dziewczynami.

A błoto w tym Beskidzie Wyspowym było tłuste i obfite (o mało się nie wlewało do butów). Ale nasze bacowskie zaparcie było tak wielkie, że ślizgając się co chwilę, parliśmy ostro do góry zdobywając po prawie 2 godzinach halę na Jasieniu a tam.... stała nasza bacówka.

Warunki były bardzo dobre, dach nie przeciekał, w środku były ławy, stół no i oczywiście miejsce na ognisko (w centralnym miejscu). Była też długa (o, jakże twarda) prycza na kilkanaście osób.

Nie musieliśmy odgórnie dzielić się rolami bo, jako starzy bacownicy, każdy znał „swoje miejsce” – Jurek rozpalał ognisko, Zbyszek montował kotły nad nim, dziewczyny przygotowywały strawę, ktoś poszedł po wodę, reszta zaś penetrowała las za opałem (jak się na końcu okazało, drzewa zostało jeszcze dla następnych).

Najedzeni, napici herbatą z aromatem ogniskowym i wstępnie uwędzeni (żeby się nas choroba jakaś nie chwyciła) poszliśmy na spacer na szczyt Jasienia. Panoramka wokół była bardzo fajna – szczególnie nas nęciły do odwiedzenia Mogielica i Modyń oraz stojące naprzeciw Gorc i Kudłoń.

A potem zaczął się wieczór kulturalno-rozrywkowy. Zaczęło się od wierszowanki Edka Steca przerywanej bardzo dobrą śliwowicą (co było przed śliwowicą i po niej nie wspomnę bo ustawa....) laną z metalowehgo bukłaczka. A potem już śpiewy i granie na trzech gitarach oraz innych instrumentach. Edek – najbardziej aktywny w pomysłach baca – opracował regulamin stopni bacowskich – odpowiednie certyfikaty zostaną wręczone na wigilijce. Maniuś preparował (tradycyjnie już i w dodatku bardzo fachowo) smaczną grochówkę (zapraszamy wszystkich nieobecnych na następne bacowanie choćby tylko ze względu na tę grochówkę...) - co działo się w nocy niech pozostanie słodką tajemnicą każdego śpiwora.

Kiedy poszliśmy spać nie pamiętam – ze względu na zmianę czasu, zdania są podzielone. Faktem natomiast jest, że poźnym wieczorem zaczęło padać. Intensywność opadów określaliśmy na podstawie częstotliwości głośnego kapania deszczu, gdzieś za ścianą – rano okazało się, że nasz deszczomierz to puszka z piwa porzucona przez kogoś pod okapem.

Rano, niestety, trzeba było wstać, ogień rozdmuchać, herbaty nagotować, śniadanie przygotować, spakować się i po UROCZYSTYM OTWARCIU SEZONU PRZEWODNICKIEGO 2001 przez naszego Prezesa, udaliśmy się w deszczu w dół do Białej.

Imprezę zakończyliśmy w pizzerii w Kamienicy dokąd zostaliśmy zaproszeni przez Gustawa i jego rodzinę. 

Jak wspaniała była atmosfera – nie da się tego opowiedzieć – tam trzeba było być.

Postanowiono aby bacować co najmniej dwa razy w roku – umówiliśmy się wstępnie na jesień – mamy nadzieję, że będzie nas więcej.

Dla statystyki podam, że bacowali na Jasieniu (kolejność przypadkowa): Ola, Renia, Jola, Edek, Sebastian, Maryjan, Francek, Zbyszek, Jurek, Maniuś, Gustaw i niżej podpisany

                                                                                                                                                            Franek

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                                                                             Bacowanie 2003

                                                                                                                      (22-23 marca)

 

                        Zaczęło się od pożegnania grupy wyjeżdżajacej z Wisły przez Prezesa, który sercem był z nami ale razem z Maryjanem musiał odwiedzić inne (cieplejsze) miejsce w górach. W Żywcu o 10-tej był już komplet czyli: Zbyszek (jedyny przedstawiciel Zarządu), Jurek (starszy ogniskowy bacówkowy), Gustaw (przewodnik o pięknym głosie i szerokim repertuarze poetyckim), Edek z Olą (zawsze pewni na 100 %), Maniuś (wieloletni sympatyk naszego koła), Francek ze Sztutgartu (zaprzyjaźniony z nami przewodnik z Katowic), Kazek z Magurki z synem Kacprem (to już druga generacja baców) i niżej podpisany.

            Czterema autami podjechaliśmy do Jeleśni skąd, po wypiciu kawy, piwa i inkszych rzeczy, podjechaliśmy do końca Koszarawy. Tam się okazało, że Gustaw, przy parkowaniu, tabliczką rejestracyjną swojego auta uszkodził płot a Zbyszek zgubił po drodze tłumik...

            Pogoda piękna, śniegu z pół metra ale ubitego, podchodzenie ponad 2-godzinne i wreszcie Hala Janoszkowa w partiach szczytowych Lachów Gronia. Zamiast, tak jak zwykle, zająć się ogniskiem itd., poszliśmy na szczyt podziwiać przepiękną panoramkę. Potem już tradycyjnie: ognisko, noszenie i rąbanie drzewa, gotowanie herbaty (dobrze, że było źródło i nie trzeba było topić śniegu), przygotowanie posiłku. Kiedy zbliżał się zachód słońca, znowu wyprawa na szczyt i fotografowanie przepięknych refleksów świetlnych przerywane kosztowaniem śliwowicy. Były też rozmowy komórkowe z prezesami oraz sms od Ewy – byli duchem z nami.

            I potem posiad przy ognisku. Baca Baców wręczył Jurkowi i Maniusiowi certyfikaty tytułu Starego Bacy – byli na bacowaniu już piąty raz. Maniuś skwapliwie gotował w kociołku nad ogniskiem żurek, który nas wzmocnił przed wieczornymi śpiewami. A były trzy gitary, dwa flety, harmonijka no i „odświeżane” co jakiś czas głosy. Po zapadnięciu nocy wyszliśmy na zewnątrz bacówki i zrobiliśmy szkoleniówkę z nieba – a było na co popatrzeć.....

            Jak miało się już ku północy trza było iść spać. A na zewnątrz około –11 stopni – kiedy wypaliło się ognisko, w bacówce temperatura była podobna. Rano jakoś wszyscy wstali o własnych siłach – nikogo nie trzeba było odrąbywać.... Zbyszek pobiegł nawet rano na szczyt, na wschód słońca. I potem znów poranne bacowskie krzątanie się, herbata na ognisku, lekki posiłek, sprzątanie śpiworów i o 9-tej wymarsz.           

            Po 1,5 godzinie marszu weszliśmy na Jałowiec (1111 m n.p.m.), najwyższy szczyt pasma Jałowieckiego. I tutaj ... bajka – rozpoczęła się przepiękna część szkoleniowa naszej eskapady. Staliśmy tam w pięknym słońcu, na lśniącym śniegu, w centrum pięknego teatrum beskidzkiego. Opis panoramki przez kolejnych uczestników (od Tatr, przez pasmo Polic, Babią Górę, fragment Małej Fatry,  grupy Pilska i Romanki aż po całe pasmo Beskidu Śląskiego). Szczególna dyskusja rozgorzała na temat dokładnego umiejscowienia hal Górowej i Malorki – dopiero wyjęcie z plecaka lornetki pozwoliło na dokładne określenie ich położenia.

            No ale czas płynął i z żalem musieliśmy zacząć schodzić do Koszarawy. Tam jeszcze tylko Zbyszek „drutował” rurę wydechową (aby jej nie zgubić po drodze), potem kwaśnica w karczmie jeleśniańskiej i .... po bacowaniu pozostały tylko przefajne wspomnienia. Szkoda tylko, że najmłodsza generacja naszych przewodników nie wyraża chęci takiego poznawania naszych pięknych Beskidów.

                                   Baca Baców

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bacowanie 2007

Wieloletnim zwyczajem, z nastaniem wiosny, grupa „najtrwardszych” przewodników wiślańskich pojechała otworzyć sezon przewodnicki 2007 na bacowaniu. Tym razem wybór padł na Halę Cudzichową.

A było nas jedenaścioro. Najpierw w Jeleśni szukaliśmy „knajpy” z telewizorem bo chcieliśmy zobaczyć skoki Adama Małysza w Planicy. Ponieważ nie znaleźliśmy pojechaliśmy do Sopotni Wlk gdzie w „Śnieżce” było przynajmniej radio....

I potem marsz w śniegu (o różnym natężeniu) do góry. Pierwsi zameldowali się już w bacówce po ponad godzinie – starsi i schorowani (jak niżej podpisany) szli ponad 2 godziny.

Po drodze Olek (ten od orła bielika) pokazał nam m.in. tropy głuszca na śniegu.

A w bacówce Zbyszek wykazał się zdolnościami inżynierskimi i i zbudował mocną konstrukcję na zawieszenie kotła nad ogniem. Jurek, szpec od ogniska przyniósł piłę i cała grupa udała się do lasu po opał. Inni przygotowywali posiłek a nad ogniem topił się już śnieg na herbatę.

Po posiłku dowiedzieliśmy się, że obecna z nami Renia obroniła kilka dni wcześniej doktorat co znacznie podniosło poziom naukowy naszego bacowania. Aby zatwierdzić ten fakt wychylilismy po kielichu.

Ponieważ do zmierzchu trochę czasu jeszcze zostało, niektórych kolegów „nosiło” i poszli na Halę Miziową. Po drodze spotkali 19-osobową grupę Kursu Turystyki Wszechstronnej AKT „WATRA” z Gliwic, którzy wkrótce zawitali do bacówki. Jako, że pomieszczenie było wielkie, zmieściliśmy się jakoś choć trzech studentów spało na zewnątrz bacówki, na śniegu.

Wieczór był bardzo sympatyczny – wspólnie ze studentami pośpiewaliśmy dużo piosenek, poopowiadaliśmy moc wesołych rzeczy i ... przyszedł czas na wejście do śpiworów (co było bardzo fajne – najgorsze to ranne wyjście, kiedy temperatura w bacówce spadła do około zera).

Ale rano Mirek rozpalił ogień i znowu zrobiło się fajnie (no i oczywiście „dymnie”).

Po śniadaniu zebraliśmy się przed bacówką i w pięknym słońcu, po odśpiewaniu naszego hymnu, Prezes Czarek (chyba pierwszy raz się zdarzyło, że urzędujący prezes był na bacowaniu) wypowiedział formułę otwierającą sezon.

I potem trzeba było posprzątać i powoli schodzić na dół.

 

W imieniu wszystkich członków naszego koła sezon 2007 otwarli (kolejność przypadkowa):

Czarek, Renia, Mirek, Olek, Zbyszek, Jurek, Janusz, Gustaw, Jasiu (z koła cieszyńskiego), Francek (zaprzyjaźniony przewodnik ze Stuttgartu) i Franek.

                                                                                               Franek

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

W jedną z sobót  kwietnia 2011 roku nasz NOWY ZARZĄD zorganizował wycieczkę szkoleniową  do Bielska-BIałej.
Oto kilka migawek wykonanych przez Stefana. Sprawozdanie obiecał napisać Obsyłka - czekamy

bielsko1

bielsko 2

bielsko 4

bielsko 3


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
15  grudnia 2011 w Słonecznym grodzie odbyła sie tradycyjna Wigilijka Przewodnicka.
Oto kilka fotek utrwalonych przez Maryjana Wantuloka


wigilijka1

wigilijka2

wigilijka3

wigilijka4

wigilijka5